piątek, 11 stycznia 2008

Chichot Wernera K.

Gratulacje! Robimy wszystko, aby jako bydgoszczanie ustanowić rekord Guinessa w dziedzinie bezpłodnego debatowania. Jak dobrze pójdzie, zdobędziemy również Grand Prix w konkurencji wytrzymałościowej „Nabieranie wody w usta”. Mamy też szansę sięgnąć po tytuł „Bydgoszcz – gród kochających swe miasto inaczej”. To nie jest złośliwość, lecz prawda, która podobno zawsze boli.

Nie można dojść do innego wniosku zorientowawszy się, że w tym roku mijają 62 lata, od chwili gdy nasi dziadowie postawili pytanie: „warto li odbudować zachodnią ścianę zabudowy Starego Rynku, czy nie warto???”

Dylemat co zrobić ze zniszczonymi przez Niemców w 1940 roku obiektami: XVII – wiecznym kościołem i kamienicami, usytuowanymi wzdłuż zachodniej krawędzi rynku, jak klątwa prześladuje już trzecie pokolenie bydgoszczan.

Problem wyraźnie nas przerósł. Okazał się komplikacją, której rozwikłać nie potrafimy. Dlatego na wszelki wypadek wolimy zagadnienia tego „nie ruszać”.

Najlepiej byłoby zapomnieć. Albo tak ocenzurować wspomnienia, pocztówki i fotografie, ukazujące zniszczoną przez najeźdzców architekturę, aby przyjęła ona postać zabobonu, w najlepszym wypadku wątpliwej legendy lub niejasnego mitu.

Śmieje się Werner Kampe. Śmiech trwający szóstą dekadę, to już tortura dla śmiejącego. Ale jest uzasadniony. Któż bowiem, mógłby się spodziewać, że wykonany z jego woli wyrok przez ponad pół wieku w Bydgoszczy będzie nadal u wielu budził akceptację i cichy podziw.

Smutne, że nawet aktualny prezydent miasta nie daje dobrego przykładu. Kluczy, zmienia zdanie. Nie stwarza okazji, aby być posądzonym o to, że rozumie wagę historycznej architektury dla kształtowania wrażliwości i dumy mieszkańców ze swego miasta.

I chociaż do kamer telewizyjnych półtora roku temu mówił: „Potrzebne jest nam serce Bydgoszczy, które kiedyś biło, a z powodu wojny bić przestało” (relacja TVB,”Urodziny Miasta” czerwiec 2006.) dziś twierdzi już, że „rekonstrukcja obiektów architektonicznych, takie odtwarzanie widokówek z XIX i XX wieku w XXI stuleciu jest pomysłem nie trafionym” („Promocje Kujawsko-Pomorskie, nr 7-12, 2007 r.)

O tym, że istnieje „milcząca wiekszość”, której głos nie może być lekceważony, przypomniała nam wczoraj w „Albumie Bydgoskim” Gazety Pomorskiej, redaktor Hanka Sowińska. W okazale ilustrowanym artykule, ustami swego rozmówcy – Stefana Horbulewicza, członka Społecznego Komitetu Rekonstrukcji Zachodniej Pierzei Starego Rynku w Bydgoszczy, przypomniała czytelnikom racje zwolenników przywrócenia rynkowi kształtu sprzed zniszczeń wojennych.

Być może mentalne grzęzawisko wokół nie istniejącej ściany zabudowy rynku jest papierkiem lakmusowym demaskującym chroniczną słabość bydgoskich „elit”. Tu bowiem trzeba wznieść się ponad parweniuszowską doraźność, upomnieć się o to co niewidoczne, zrozumieć potęgę czegoś co się nazywa „ikonosferą” i jej niebagatelną rolą dla harmonijnego rozwoju człowieka…

Historia i tak wyda werdykt, komu przypadnie spledor, kto zaś okryje się infamią. O to możemy być spokojni. Szkoda tylko, że eksperymentujemy na 662 letnim organiźmie.

wtorek, 8 stycznia 2008

Jaan Kross wśród ukochanych kamieni

Niespełna dwa tygodnie temu, 27 grudnia 2007 r., w wieku 87 lat, umarł Jaan Kross, estoński prozaik i poeta, kunsztowny piewca estońskich dziejów i wytrwały budziciel dumy narodowej Estonii.W panteonie inflanckich pisarzy, zajął zasłużone, eksponowane miejsce.

Jego twórczość była tłumaczona na wiele języków (między innymi: angielski, duński, fiński, francuski, hiszpański, litewski, niderlandzki, portugalski, rosyjski, szwedzki).
Starsze utwory tego autora tłumaczono na język polski. Od lat dziewięćdziesiątych jednak nastąpiła w tym zakresie dolegliwa posucha.

Z książkami Krossa zetknąłem się w 2001 roku, po moim pierwszym wyjeździe do Tallina i na wyspę Saaremaa.
Od razu poczułem miętę do jego pisarstwa.
Dziś najbardziej doceniam następujące aspekty jego twórczości:

Autor, rodowity Estończyk z Tallina, mimo, iż większość dorosłego życia przeżył pod okupacją sowiecką, nie dopuścił do ingerencji reżimu w swe pisarstwo. Była to jego prywatna wojna z sowieckim imperium. Strzegł estońskiej tożsamości narodowej i ciągle ją rozbudzał. Walczył piórem. Inteligentnie i z finezją. Nigdy nie dał się złapać na „robocie wywrotowej”, a nawet przez władze ZSRR była traktowany jak „swój”. Od 1958 roku był członkiem sowieckiego związku pisarzy, postrzeganym przez Litjeraturnają Gazjetę, jako ktoś kogo „książki są głęboko intelektualne, język obrazowy i bogaty, sytuacje doskonale spuentowane, często także paradoksalne, a postacie pełne pasji i niepowtarzalne. Jego ulubionymi bohaterami są ludzie przewrotnie szczęśliwi, którzy myślą o innych ludziach”

W genialny sposób potrafił nadawać dostojeństwo pospolitym gospodarskim czynnościom (skopanie grządek, wystruganie nowego koryta dla świń, rąbanie drewna). Właściwości wiejskiej codzienności podniósł do rangi wartości.

Był mistrzem malarskiego opisu inflanckiego, polodowcowego krajobrazu. Przedstawienie pejzażu rodzinnej ziemi, stawało się dlań niemal sublimacją doznań erotycznych, wywołanych bezpośrednim kontaktem z przestrzenią przodków .

W narracji fanatycznie przestrzegał wierności topograficznej (wszelkie odległości i lokalizacje z powieści są niemal identyczne jak w rzeczywistości).

Bohaterami jego powieści były postacie historyczne, które wyposażał w prawdopodobną, zgodną z kontekstem epoki aktywność.

Swe utwory Kross opatrywał posłowiem i przypisami, które zawierały wykaz źródeł i krótkie biogramy bohaterów.

Ważne przesłanie przypisał Kross pastorowi Ottonowi Willemowi Masingowi, jednemu z bohaterów powieści „Kamienie z nieba”, którego w pewnym momencie ogarnia następująca refleksja:
„Nic nie da się porównać z wrażeniem, że nogi twoje jakby wrosły w grunt, na którym stoisz, i kiedy je nad tym gruntem unosisz, czujesz swój związek z ziemią, rozumiesz, że z niej wyszedłeś, i do niej powrócisz, że kiedyś znów cię z niej przywołają...” –

Teraz wiem, że już powrócił.

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Mit „reakcyjnych band” wreszcie na katafalku ?


Likwidowani skrytobójczo przy użyciu trucizny,
zabijani podczas snu przez agentów podających się za towarzyszy broni.
Osaczani przez konfidentów w zdradzieckich „kotłach”.
Torturowani i likwidowani bez wyroków.

Najpierw zgładzeni fizycznie, by potem przez lata
perfidnymi kłamstwami unicestwiana była pamięć
o nich – „Żołnierzach Wyklętych” z AK, WiN, NSZ, NZW.

Zajadła komunistyczna propaganda czyniła wszystko, żeby wzbudzić w Polakach niechęć i wrogość wobec każdego, to ośmielił się wystąpić przeciw sowieckim porządkom w Polsce.

Oni, ostatni depozytariusze wolności - bojownicy polskiego podziemia niepodległościowego, zostali oszczerczym wyrokiem komunistów uczynieni członkami „reakcyjnych band”.

Ta haniebna polityka, do tego stopnia skaziła świadomość narodową, że wielu z nas wciąż uważa, iż
„z tymi bandami” coś musi być na rzeczy...

Długo oczekiwanym antidotum na tę wieloletnią manipulację jest „Atlas polskiego podziemia niepodległościowego”, przygotowany i opublikowany staraniem Instytutu Pamięci Narodowej w 2007 roku, który trafił już do wielu szkół, rozsyłany bezpłatnie przez wydawcę.

To imponujące, liczące prawie 600 stron dzieło, jest pokłosiem ogólnopolskiego projektu badawczego zainicjowanego przez IPN, przy współpracy lubelskiego UMCS. W jego realizacji brało udział niemal 80 naukowców, historyków i kartografów. Główne rozdziały zawierają angielską wersję językową.

„Atlas” już na pierwszy rzut oka, wyróżnia się bogactwem kartograficznym i fotograficznym.
Zawiera wiele po raz pierwszy publikowanych zdjęć ludzi, miejsc i dokumentów.
Wydaje się, że zastosowano optymalne rozwiązanie redakcyjne. Czytelne ukazanie struktur
podziemnych oraz ich aktywności przy pomocy opatrzonych legendą map, zapewnia szczególnie dla „wzrokowców”, dużą przejrzystość referowanego materiału.

Treść atlasu obejmuje historię ogólnopolskich oraz lokalnych, nigdzie nieafiliowanych struktur niepodległościowych w latach 1944 – 1956 (AK, WiN, NSZ, NZW, SN) przez pryzmat ich aktywności
( starcia i akcje zbrojne).

Na końcu znajduje się bibliografia zawierająca wydawnictwa źródłowe, opracowania, biografie dotyczące polskiego podziemia 1944 – 1956.

Teraz, pozostaje mieć nadzieję, że nauczyciele i bibliotekarze zrobią z atlasu dobry użytek, a
gdy uczniowie i studenci korzystając z niego, zobaczą na fotografiach sprzed pół wieku
swoich rówieśników, zrozumieją, że to oni uratowali nasz honor. Mieli odwagę rzucić wyzwanie sowieckiemu imperium.

Wartości za które oddawali życie wyraża żołnierska odezwa majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, dowódcy V Brygady Wileńskiej AK:

„R O D A C Y”

Nie mamy ani prasy własnej, ani wolności słowa, ani wolności zebrań, ani prawa wiązania się w stronnictwa polityczne – jesteśmy więc pozbawieni wszystkich dobrodziejstw istotnej demokracji!
Jednopartyjne rządy komunistyczne biorą „myśl w obcęgi „, pozbawiają człowieka woli, tych najistotniejszych cech człowieczeństwa i czynią z niego „robota”.
Gdy chodzi o Naród, ten wtedy zatraca własne oblicze i przestaje istnieć.
Mamyż milczeć?
Mamyż poddać się gwałtowi, zadawanemu obca , zbrodniczą ręką?!
Mamyż pod groźbą obcych bagnetów wyrzec się prawa stanowienia o sobie?!
Mamyż wyrzec się ducha, serca i zaprzeć się wiary?!
NIGDY !
Jeżeli zdrajcom, jurgieltnikom moskiewskim podoba się to wszystko – niech się wynoszą do Moskwy! Na ich niecną robotę – mamy jedną odpowiedź:
NIGDY!
Za zbrodnie dokonywane na Narodzie polskim,
Za więzienie, rozstrzeliwanie i wieszanie najlepszych synów Narodu,
Za konszachty konszachty Moskwą,
Za rozbiór Polski.
ŚMIERĆ ZDRAJCOM !
Sumieniem Narodu – to my!
Wyrazem Jego buntu przeciw przemocy – to my!
Narzędziem sprawiedliwej kary – to my!
Dzień zapłaty za zbrodnie, już się rozpoczął.
NIECH ŻYJE WOLNA DEMOKRATYCZNA POLSKA !

D-ca Brygady Partyzanckiej
/-/ Łupaszka
Mjr."

(Treść ulotki podpisanej przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, kolportowana
w Gdańsku, wiosną 1946 roku.)



środa, 2 stycznia 2008

Bydgoszczanina bydgoskie refleksje na Nowy Rok

Bydgoszcz na kartach ksiąg, dokumentów, łamach gazet, ekranach telewizorów i komputerów, przewija się już prawie od 770 lat. Tyle wody upłynęło w Brdzie od pamiętnego 28 czerwca 1238 r., gdy skryba kancelarii krzyżackiej, sporządzając dokument układu politycznego między Zakonem, a Kazimierzem – księciem kujawskim, zapisał intrygujące imię kasztelana bydgoskiego „Suzzlaus de Budegac”.


Bydgoszcz na przestrzeni wieków przeżywała wzloty i upadki. Na długo jeszcze przed lokacją króla Kazimierza Wielkiego, gród bydgoski wzniesiony zimą 1038 roku, przez jego imiennika, księcia Odnowiciela, rozwijał się, nabierał znaczenia i prestiżu.
Od początku naszą domeną był handel i transport wodny. Zaopatrzenie chłonnego rynku państwa krzyżackiego w drewno, cegły, smołę i piwo dawało kupcom znad Brdy krociowe zyski.

Odzyskanie Pomorza Nadwiślańskiego i Gdańska przez Rzeczpospolitą w 1466 roku, tylko dodało Bydgoszczy wigoru. Miasto na przełomie XVI i XVII wieku liczyło ponad 5 tysięcy mieszkańców. W tutejszej mennicy, napędzanej wartkim nurtem Młynówki bito monety dla całej Polski. Rozwijały się biblioteki klasztorne, teatr jezuicki i szkoła języka kaszubskiego. Tu wykładał znany heraldyk i genealog - Kasper Niesiecki, stąd wyruszył do Chin matematyk – twórca rachunku logarytmicznego - Mikołaj Smogulecki - misjonarz znany w „państwie środka” jako Mu-Ni-Ko, a w zaciszu murów bydgoskiego kolegium bernardynów uczony ojciec Bartłomiej dał światu pierwszy słownik łacińsko-polski.

I chociaż lata „potopu szwedzkiego” i wojny północnej strasznie okaleczyły miasto, mimo utraty niepodległości, Bydgoszcz pod panowaniem pruskim ponownie przeżywa intensywny rozwój. Ustanowienie w mieście dowództwa garnizonu wojskowego i siedziby regencji oraz budowa Kanału Bydgoskiego, wywołują niesłychaną koniunkturę. Arteria wodna i linia kolei żelaznej działa na inwestorów jak magnes.

Cegielnie, tartaki, garbarnie, fabryki maszyn i odlewnie żelaza wyrastają jak „grzyby po deszczu”. Bydgoszcz urbanistycznie wykracza poza lokacyjne granice i wygodnie „rozsiada się” między polodowcowymi stokami, jak w pełnym rzeżuchy koszyku do święconki.
Ojciec artysty malarza Waltera Leistikowa zapewnia wyrafinowanym podniebieniom znakomitą, kujawską nalewkę żołądkową. W knajpkach, restauracjach i na słynnych „dechach” mieszkańcy wzbogacają doznania kulinarne i bawią się po pracy.

Rok 1920 przynosi długo oczekiwane włączenie do odrodzonego po zaborach państwa polskiego. Miasto w okresie międzywojennym imponującą powierzchnią zadbanych parków, skwerów i zieleńców robi furorę w Rzeczpospolitej. Nawet słowiki szare swą europejską „centralę” lokują w tym czasie na plantach nad Starym Kanałem Bydgoskim.

Harmonię przerywa wrzesień’39. Miasto zostaje krwawo naznaczone w czasie II wojny światowej. Stygmat dłoni kapłana na murze Muzeum Miejskiego, rozstrzelanego wraz z 49 polskimi zakładnikami jest zapowiedzią niewyobrażalnego terroru niemieckich okupantów. Wyrokiem nadburmistrza Wernera Kampe zburzona zostaje zachodnia pierzeja Starego Rynku. Razem z nią znika z panoramy miasta wielowiekowy znak rozpoznawczy Bydgoszczy – dwie wieże kościoła.

Powojenne półwiecze mimo szarzyzny życia i ograniczeń PRL-owskiej rzeczywistości, zapisało się rozwojem przemysłu, budową nowych, choć monotonnie kubicznych osiedli z wielkiej płyty, ale także osiągnięciami w zakresie kultury i nauki.
Do dziś budzą szacunek i podziw dokonania Andrzeja Szwalbego, twórcy życia muzycznego i operowego w Bydgoszczy oraz gorliwego orędownika wielu inicjatyw artystycznych i naukowych. Jednym z wielkich jego pragnień, którego nie doczekał, było utworzenie uniwersytetu pod patronatem najwybitniejszego syna naszej ziemi – Kujawianina Kazimierza Wielkiego.

Mijają lata. Każdy kolejny Nowy Rok budzi nadzieję, że będzie lepszy od poprzedniego. Dziś Bydgoszcz nadal jest w niechlubnej czołówce polskich miast, których mieszkańcy nie są dumni z tego gdzie mieszkają.
Ze zdrową zazdrością wypada spoglądać na mieszkańców Wrocławia, którzy w większości, bez względu na wiek, płeć, wykształcenie i majątek, cieszą się z tego, że tam żyją oraz umieją w naturalny sposób mówić o wyjątkowości i zaletach stolicy Dolnego Śląska.

fara

Zadania, które niegdyś Kazimierz Wielki powierzył w akcie lokacyjnym zasadźcom Janowi i Konradowi, nadając im pustą i niezamieszkałą równinę u stóp zamku królewskiego, by ją ożywili życiem majętnej, miejskiej wspólnoty, w jakimś sensie są adresowane do każdego, kto się z Bydgoszczą identyfikuje.

Sztafeta pokoleń trwa. Z otchłani czasu spoglądają na nas przodkowie. Naszą spuściznę kiedyś przekażemy własnym dzieciom. Nie traćmy czasu! Uwolnijmy entuzjazm bydgoszczan! Wybudźmy miasto z letargu! Wywołajmy kaskadę pozytywnego myślenia i konkretnego działania !

Zróbmy to razem!

The Opera Nova in BydgoszczTe z serca płynące życzenia noworoczne dedykuję wszystkim, którzy traktują Bydgoszcz poważnie i chcą cokolwiek wartościowego dla naszego miasta zrobić!

niedziela, 30 grudnia 2007

Osiemnaste urodziny RP - bez balangi

Wczoraj minęła 18 rocznica przywrócenia naszemu państwu historycznej nazwy „Rzeczpospolita Polska” . 29 grudnia 1989 roku, mocą ustawy sejmowej, oficjalnie zastąpiła ona nazwę "Polska Rzeczpospolita Ludowa". „PRL” będąca synonimem państwa „realnego socjalizmu”, politycznie, gospodarczo i wojskowo podporządkowanego ZSRR – trafiła do lamusa.

Był to symboliczny, ale niezbędny akt w procesie odzyskiwania przez Polaków suwerenności i logiczne następstwo werdyktu wyborów 4 czerwca 1989 r. Nie o samą terminologię jednak chodzi. Wyrażone zmianą nazwy zamknięcie tego rozdziału dziejów, nasuwa pytania o historyczną ocenę tego okresu.

Dziś większość z nas nie rozpamiętuje „tamtych” czasów. To znak normalności. Śmiejemy się oglądając komedie Stanisława Barei. Bawi nas wspomnienie ówczesnej siermiężnej rzeczywistości głównie w sferze kupna-sprzedaży. Jest miło.
Nietrudno sobie jednak wyobrazić, że już odpowiedzi na pytanie „Jak oceniasz PRL z perspektywy czasu, bogatszy/a o 18 lat doświadczeń” – zrodzą podziały, wywołają między nami dyskusje, sprzeczki, a może i trwałe konflikty. Emocjonalne reakcje, subiektywne odczucia, niweczą szanse na uzyskanie konkluzji opartej na argumentach.
W tym kontekście nasuwa się kwestia „Czy i kiedy doczekamy się obiektywnej, rzeczowej oceny PRL?” Tę robotę oczywiście muszą na siebie wziąć historycy i kompetentni publicyści. Nie będzie to proste. Polska lat 1944-1989 - była bytem, który ewoluował w czasie i nie miał jednego mianownika.

I tak okres „małej stabilizacji” Gomułki lat 1956-1970 – rezultat „odwilży październikowej” był wybawieniem od terroru i upodlenia, jakiego doświadczył naród w okresie wszechwładzy Bieruta i jego ludzi.

Dekada Gierka z „maluchem”, „Studiem 2”, peweksami i kredytami dla młodych małżeństw, na tle siermiężnych lat 60., wywołała miraż „socjalizmu z ludzką twarzą” – do czasu bankructwa ekonomicznego i chronicznego kryzysu gospodarki PRL w latach 80.

Jakże inne była Polska po pielgrzymce Ojca Świętego Jana Pawła II w 1979 r. Jego prorocze wołanie „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi”, ucieleśniło się w postaci 10 milionowej „Solidarności”, która przez 16 miesięcy zdołała niewyobrażalnie poszerzyć przestrzeń wolności w komunistycznym państwie, powodując nieodwracalne zmiany w całym bloku sowieckim.

Ci sami ludzie, którzy w okresie stanu wojennego szkalowali działaczy NSZZ „Solidarność”, jako wrogów Polski, gdy kasa państwa zaczęła świecić pustkami, usiedli z nimi do „okrągłego stołu”, i w zamian za gwarancję odcięcia przeszłości „grubą kreską”, zezwolili na przeprowadzenie częściowo wolnych wyborów do tzw. „sejmu kontraktowego” 4 czerwca 1989 r.

Przygotowując historyczną ocenę PRL nie powinno się pominąć 3 ważnych aspektów:

1) Sumiennego rozstrzygnięcia czy Zachód zrobił wszystko żeby nie dopuścić do narodzin komunistycznego państwa, ze szczególnym uwzględnieniem zaniechań, błędów dyplomatycznego establishmentu Wielkiej Brytanii i USA w wielkiej grze ze Stalinem o zakres suwerenności i granice powojennej Polski. Ramy geopolityczne w których narodziła się Polska „Ludowa” zostały narzucone wbrew woli narodu i jego prawowitej reprezentacji - władz Rzeczpospolitej Polskiej na uchodźstwie.
Dobre samopoczucie zachodnich sygnetariuszy układów w Teheranie, Jałtcie i Poczdamie trwa do dziś. Wciąż panuje tam przekonanie, że to racja stanu USA i Wielkiej Brytanii wymagała, aby w imię harmonijnej współpracy w dobijaniu nazistowskiego gada rzucić Stalinowi słabszych aliantów na pożarcie.
A może USA i Wielka Brytania były zbyt uległa wobec ZSRR. Może zbyt pochopnie przekreślono plany otwarcia 2 frontu w Grecji i przeprucia kontynentu od południa ku północy, by powitać sowieckich sojuszników na ziemiach Polski przedwrześniowej, a nie nad Łabą?

2) Próby odpowiedzi na pytanie, czy polscy komuniści mogli „mniej szkodzić” i efektywniej działać na rzecz rozwoju gospodarki i kultury oraz poszerzania zakresu wolności w Polsce.
Gdyby nie nieefektywny z założenia system, nastawiony na uśmiercanie ducha przedsiębiorczości, nie byłoby trwającej do dziś różnicy cywilizacyjnej między nami a zachodnimi członkami UE. Popularna w kręgach PZPR teza, „że przecież my odbudowaliśmy kraj z ruin, zapewniliśmy masom awans społeczny i bezpłatne wykształcenie” jest bardzo trudna do obrony. Oparcie pomyślności państwa na inwencji wolnych obywateli pod każdą szerokością geograficzną zawsze dawało więcej profitów, niż eksploatacja trzymanego pod knutem, zniewolonego narodu.


3) Stworzenia kryteriów do oceny moralnej polskich obywateli w zakresie odpowiedzialności za to czy ich aktywność zawodowa i społeczna służyła umocnieniu komunistycznego zniewolenia czy wzmacnianiu przestrzeni wolności i upodmiotowieniu narodu. Innymi słowy: podjęcie próby wyznaczenia granicy, za która zaczynała się zdrada narodowa.
Nadzieje na III wojnę światową, która da popalić Sowietom i przyniesie wyzwolenie Polski szybko okazało się płonne. Ponieważ system był narzucony przez mocarstwa i zafiksowany umowami międzynarodowymi to „trzeba było jakoś żyć”. Paradoksalnie ocena postaw moralnych obywateli byłaby łatwiejsza, gdyby kraj był poddany bezpośredniej okupacji sowieckiej.
Wydaje się, że nie da się uniknąć w tym kontekście jednoznacznej oceny dokonań śp. płk Kuklińskiego i generała Jaruzelskiego.

Niestety dokonanie historycznej oceny PRL będzie utrudniał fakt, że ani w Polsce, ani nigdzie na świecie, dotąd komunizm nie doczekał się własnej "Norymbergi".
Ponadto polskie elity akademickie, dziennikarskie, są w sporej części wyrazicielami poprawności politycznej w duchu „Wybierzmy przyszłość”! Poświęcanie uwagi zagadnieniom, kto jaką rolę odgrywał w PRL i jakie miał relacje z komunistycznym reżimem, nie jest trendy.

I tak, prezentacja w TVP 1 i TVP „Polonia”, filmu dokumentalnego „Errata do biografii” Grzegorza Brauna, poświęconego ukazaniu denuncjatorskiej roli Andrzeja Szczypiorskiego wobec własnych rodziców na rzecz UB., nie wywołała żadnej medialnej reakcji. Nikt się nie oburzył, nie skrytykował reżysera za „szarganie świętości”. Film przeszedł bez rozgłosu. Jakby trafił w próżnię...

Mam wciąż jednak nadzieję, że w końcu PRL nie będzie się odbijać czkawką i Prawda nas wyzwoli.

sobota, 29 grudnia 2007

Profesor odszedł, jego dzieło trwa

Wczoraj na cmentarzu w Górsku pożegnaliśmy dr hab. Ryszarda Kabacińskiego, - profesora Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego. Profesor zmarł nagle 22 grudnia, w wieku 67 lat. Odszedł w takim stylu w jakim żył. Gdyby nie niestosowność słowa, powiedziałbym „dynamicznie”, z pasją. Znakomity gawędziarz, dusza towarzystwa. Wielki propagator edytorstwa źródeł historycznych. Miłośnik niuansów w przekładach z łaciny średniowiecznej.


Bydgoszcz straciła historyka - regionalistę, wydawcę źródeł, wieloletniego pracownika, a później dyrektora Bydgoskiego Towarzystwa Naukowego. Gorliwego promotora rozwoju znakomitej biblioteki naukowej BTN (dziś w całości znajdującej się w zasobach Instytutu Historii UKW)

Tak się składa, że miałem zaszczyt i przyjemność poznać profesora już jako uczeń pierwszej klasy liceum. Nadal jednak nie mogę się pogodzić z faktem, że nasza znajomość po 22 latach dobiegła końca.

Zapamiętałem Go przede wszystkim jako znakomitego gawędziarza, który budził respekt erudycją, opowieści okraszał anegdotami, choć niekiedy zbyt nerwowo wyrażał własne stanowisko. Imponował oczytaniem, niejedno widział, wiele nietuzinkowych osób poznał w ciągu swego życia, znakomicie umiał się tą wiedzą dzielić.

Osoba Profesora Kabacińskiego jest zrośniętą z cząstką mojego życiorysu. W jakimś sensie, On wpłynął na mój wybór historii jako kierunku studiów na UMK. Upewnił mnie, ówczesnego nastolatka z VI LO, że jego zasób wiedzy oraz styl w jakim uprawiał historię - to jest to! Zapewne nawet był nieświadom tego co uczynił. Był pierwszym zawodowym historykiem, badaczem „grzebiącym” w archiwach, jakiego poznałem w wieku 16 lat , który ofiarował mi swą książkę z dedykacją.

Profesor zrósł się w moich wspomnieniach z murami Bydgoskiego Towarzystwa Naukowego, które w okresie świetności zajmowało 2 przepiękne kamieniczki przy ul. Jezuickiej o numerach 2 i 4.

Mam wciąż przed oczami pierwsze spotkanie z (w owym czasie) doktorem – Kabacińskim. Było to na przełomie roku 1985/1986, kiedy na prośbę mego szkolnego kolegi Piotra Kabacińskiego mieliśmy po lekcjach „wejść” do jego ojca w pracy, żaby załatwić jakąś drobną, lecz pilną sprawę. Pamiętam, że kiedy znaleźliśmy się w siedzibie BTN, poczułem w nozdrzach specyficzny zapach leciwych księgozbiorów i starych mebli. Wiem, że na 2 piętrze, po przejściu przez sekretariat (obecnie nominalnie mieści się tam redakcja „Encyklopedii Bydgoskiej”) weszliśmy do wychodzącej na podwórko izby, w której ukazał się nam profil skupionego nad przeglądarką mikrofilmów dr Kabacińskiego, który podniósł wzrok i zaczęliśmy rozmawiać jakbyśmy się znali bardzo dawno.

Już wkrótce będąc na Jezuickiej 4, zaraz po przewiezieniu tam księgozbioru profesora Karola Buczka z Uniwersytetu Jagiellońskiego (który w testamencie przekazał swą bibliotekę BTN-owi), zostałem zaliczony do ekskluzywnego grona osób, które miały prawo przeglądać metrowej wysokości stosy książek profesora Buczka, zanim oficjalnie zostały udostępnione.

Pamiętam, że w późniejszym czasie, gdy niejednokrotnie dysputy („Nocne Polaków rozmowy”) u państwa Kabacińskich przedłużały się długo po północy, światło w pokoju profesora gasło dopiero o trzeciej nad ranem. Taki miał rytm pracy. Pamiętam też, że zawsze dużo palił. Nosił skórzaną raportówkę i brawurowo, chociaż pewnie prowadził małego fiata (w kolorze zomo).

Profesor był niewątpliwie jednym z protoplastów bydgoskiego środowiska historycznego. Zatrudniony od 1968 r. w Regionalnej Pracowni Naukowo-Badawczej BTN, na długo przed powstaniem Instytutu Historii WSP (1989 r.) był dla bydgoszczan, encyklopedią wiedzy o przedrozbiorowych dziejach miasta. Za pośrednictwem dziennikarzy profity z jego erudycji czerpali wszyscy pasjonaci historii, regionaliści w szczególności.
Wielką estymą i sympatią cieszył się wśród studentów. Zanim związał się z WSP, poprzedniczką UKW, przez wiele lat wykładał historię gospodarczą na Wydziale Ekonomicznym UMK.

Bliska sercu prof. Kabacińskiego była sprawa rekonstrukcji zachodniej pierzei Starego Rynku. Upominał się o to jednoznacznie stwierdzając:
„Jeśli więc w XIX wieku pisano o Bydgoszczy lub publikowano ilustracje obiektów godnych zapamiętania, wtenczas pierzeja o której mowa, pełniła rolę wywoławczą hasła: Bydgoszcz.
Bydgoszczy po dziś dzień brakuje takiej „planszy wywoławczej”. Próby ze statuą łuczniczki lub pruskimi spichlerzami na d Brdą świadczą o tym aż nadto wymownie.
Dewastacja dokonana przez Niemców na przełomie lat 1939 1940 nabiera więc znamion symbolu historycznego, zaklętego w topos serca – pękniętego serca Starego Miasta, pękniętego serca Bydgoszczy, Bydgoszczy doświadczonej i sponiewieranej w czasach ostatniej wojny”


Minęły lata. Skończyłem studia. Zacząłem pracę w III LO. Praca zawodowa sprawiła, że kontakt z profesorem się rozluźnił. Znajomość ponownie uległa zacieśnieniu w imię propagowania spuścizny historycznej Kujaw.
Otóż profesor od 2006 roku na moją prośbę nieodpłatnie zasiadał w Komisji Jurorów Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy o Kujawach organizowanego z mojej inicjatywy w III LO. Niestrudzenie poprawiał prace pisemne uczestników, egzaminował finalistów, dokonywał podsumowania konkursu przed obliczem uczniów i ich opiekunów etc.

Dziś z lekkim dreszczem przypominam sobie nasze ostatnie spotkanie w domu profesora, w połowie maja 2007 r., kiedy dokonywaliśmy podsumowania III Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy o Kujawach. Pamiętam, że z źle skrywaną niecierpliwością pytałem profesora, kiedy wreszcie wyda drukiem, długo oczekiwaną przez historyków Kronikę Łochowskiego, nad którą od wielu lat pracował. Profesor odpowiedział coś wymijająco, że choć to już niedługo, to jeszcze nie czas...

P.S.
Pamiętam, że zawsze proponował gościom intelektualnych debat jeden rodzaj napoju – herbatę. Parzył najczęściej earl grey’a, trochę po staroświecku z czajniczka. Nalewał do szklanek i siedzący w fotelu gość mógł racząc się jej smakiem, kontynuować przyjemność dyskutowania z posługującym się twardą mową Profesorem.

Obcując przez całe życie zawodowe z postaciami i wydarzeniami z przeszłości, dnia 22 XII 2007. r Ryszard Julian Kabaciński - wyzwolił się z ograniczeń doczesności. Odtąd jego osoba i jego dorobek naukowy będą dla następnych pokoleń przedmiotem analiz historycznych.

Cześć Jego Pamięci !

środa, 26 grudnia 2007

Zapiski w drugi dzień świąt

Za sprawą mego kuzyna Michała Świtały, rodzonego bydgoszczanina, żyjącego z żoną i córką w Rotterdamie pierwociny mego blogu otrzymały uszlachetnioną technologiczno-informatyczną oprawę, stąd niespotykane dotąd linki i odnośniki.

Wreszcie nadeszły święta. W miarę jak przybywa nam lat Boże Narodzenie choć ma inny smak niż w dzieciństwie, wciąż niesie tajemnicę. To czas, który uwalnia w nas potrzebę dzielenia się nastrojem, który jest gdzieś głęboko w świadomości, znany z rodzinnego domu. I ta „odświętność” nigdy nie uwiera. Nie jest ani patetyczna, ani efekciarska. Ma w sobie jakąś zagadkę. Bo czujemy się odpowiedzialni bardziej, niż kiedykolwiek za to jak spędzimy te dni z najbliższymi...

Grudzień uraczył mnie różnorodnymi wrażeniami. Na początku miesiąca miałem przyjemność uczestniczyć w sympozjum naukowo-samorządowym "Rewitalizacja drogi wodnej Wisła-Odra szansą dla gospodarki i regionu" zorganizowanym przez Instytut Geografii Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego pod auspicjami Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego. Wypowiedziałem tam kilka zdań o 233 letnich dziejach Kanału Bydgoskiego.

Obraz jaki wywołali wykładami i prezentacjami uczestnicy sesji, potwierdza niezbicie, że klucz do renowacji polskich dróg śródlądowych oraz ich otoczenia, to stan świadomości władz samorządowych województw i gmin, lecz przede wszystkim parlamentarzystów RP. Dziś, gospodarka wodna (transport, energetyka, walory przyrodnicze) jawi się jako zagadnienie marginalne, mało efektowne, nie dające potencjalnym patronom z ław sejmowych szans na medialny sukces.

Parę dni później Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Bydgoszczy zorganizował przegląd filmów dokumentalnych „Errata do biografii”. Wśród prezentowanych materiałów szczególne poruszył mnie obraz Grzegorza Brauna o Andrzeju Szczypiorskim.
Wylansowany przez media w latach 90-tych jako autorytet moralny i spetryfikowany w kanonie lektur szkolnych Szczypiorski, dopiero w świetle ujawnionych przez IPN dokumentów SB, ukazał oblicze cynika i hipokryty, który na zamówienie UB podstępnie zwabił własnych rodziców – zaangażowanych w działalność emigracyjnej Polskiej Partii Socjalistycznej – kontestującej komunistyczny reżim w PRL, z Londynu do Polski.

W komentarzach do tegorocznej rocznicy 13 grudnia, zbulwersował mnie Rafał Kalukin, który na łamach „Gazety Wyborczej”, stwierdził, że pamięć o stanie wojennym wśród Polaków najpewniej wyblaknie i zaniknie bez powrotu. Epizod. Ot co. Nic więcej. Tym bardziej, że zdaniem Kalukina przecież wszystko i tak dobrze się skończyło. Nadszedł w końcu rok 1989 i przyniósł nam wolność. Przecierałem oczy ze zdziwienia, ale autor dalej brnął w swym wywodzie, objawiając na koniec przypuszczenie, że wyobraźnię masową w Europie data 13 grudnia wypełni zupełnie innym skojarzeniem, a mianowicie Traktatem Reformującym, podpisany w Lizbonie w 2007 roku właśnie w dzień w rocznicy wprowadzenia stanu wojennego...A o tym, że stan wojenny zebrał krwawe żniwo wśród bezbronnych, niewinnych ludzi - ani słowa. Widocznie wedle Kalukina nawet pamięć o ofiarach nie kwalifikuje do eksponowania pamięci o tym wydarzeniu.
Są na szczęście młodzi ludzie, którzy rocznicę wprowadzenia stanu wojennego uczcili wystawieniem dla swoich rówieśników widowiska teatralnego o Wojtku Cieślewiczu - studencie zamordowanym przez zomo na początku 1982 roku.

Grudniową, wieczorową porą podczytuję sobie „Europę między Wschodem i Zachodem” Normana Davisa. Zbiór intrygujących esejów tego autora jak zwykle uwodzi czytelnika sugestywnym stylem pisarstwa i panoramicznością widzenia Europy jako jedności. Podobnie jak na kartach jego wcześniejszych książek Davis udowadnia, że przeszłość to skarbnica arcyciekawych tematów, które o ile są wielostronnie ujęte i opisane ze swadą, mają szanse wykroczyć poza akademicki światek historyczny i podbić serca czytelników. Siła Davisa tkwi nie tylko w tym, że ma literackie pióro, lecz wyraża się jego umiejętnością podejmowania wielu różnorodnych wątków w formie historycznej syntezy.

21 grudnia nadszedł dzień włączenia Polski, Czech, Słowacji oraz Litwy, Łotwy i Estonii do strefy Schengen. Wydarzenie to wywołało w Polsce wyraźnie mniej emocji niż 1 maja 2004 r. Widać, że przywykliśmy już do członkostwa w UE i usunięcie szlabanów granicznych potraktowaliśmy już tylko jako formalność. Wydarzenie to jednak powoduje daleko idące, nie wiem zresztą, czy uświadomione w kręgach naszego politycznego establishmentu, konsekwencje w relacjach Rzeczpospolitej z Białorusią i Ukrainą. Źle by się bowiem stało, gdyby zewnętrzna granica UE na Bugu, okazała się nową „żelazną kurtyną”.

Polska powinna umieć dostrzec własne interesy szczególnie na Białorusi. Tam wszak znajduje się jądro Wielkiego Księstwa Litewskiego. I nie o rewizjonizm tu chodzi, lecz korzenie wspólnej kultury (od romantyzmu, po harcerską piosenkę), która przez wieki wyrastała bujnym łanem na kresach Rzeczpospolitej. Izolując i deprecjonując Białoruś w jakimś sensie tracimy cząstkę naszej tożsamości.


Dwa dni po „wejściu do Schengen” – bo 23 grudnia minęła 176 rocznica śmierci Emilii Plater. 2 lata temu dotarłem do Kopciowa, gdzie spoczywają szczątki Emilii. Chociaż jej grób znajduje się na litewskim cmentarzu niedaleko granicy z Polską, Kopciowo (Kapcamiestis) jest położone z dala od głównego szlaku. Żeby tam dojechać, trzeba odbić od głównej drogi na południe. W tej historycznej miejscowości znajdują się aż trzy akcenty związane z bohaterką powstania listopadowego: tablica pamiątkowa na rozstaju dróg, pomnik oraz jej grób na cmentarzu.

Hrabianka Emilia Plater wywodząca się z arystokratycznego rodu z Inflant, zgłosiła się do powstania listopadowego na ochotnika. Walczyła w oddziałach generała Dezyderego Chłapowskiego. Po klęsce powstania na Litwie i wycofaniu się Chłapowskiego do Prus, jesienią 1831 roku wraz z kuzynem Cezarym Platerem i przyjaciółką Marią Raszanowiczówną usiłowała przedostać się do Warszawy, lecz w drodze w pobliżu Justianowa ciężko zachorowała i zasłabła. Umieszczona w dworze Abłamowiczów jako kuzynka gospodarzy powoli wracała do zdrowia.

Na wieść o szturmie i kapitulacji Warszawy jej stan zdrowia się bardzo pogorszył. Zmarła w Justianowie 23 grudnia 1831 roku w wieku 25 lat. Została pochowana w pobliskim Kopciowie pod nazwiskiem Zielińska. Dopiero w kilkanaście lat po jej śmierci miejscowy proboszcz odważył się umieścić na grobie jej prawdziwe nazwisko.

Dziś w Kopciowie, mimo sąsiedztwa z Polską, trudno porozumieć się po polsku. W latach 1919 – 1939 Kopciowo należało do Republiki Litewskiej i nie było tam Polaków. Zamieszkiwali oni licznie teren Litwy Środkowej, którą generał Lucjan Żeligowski zawojował w październiku 1920 dla Rzeczpospolitej.